a. Imię: Marcin
b. Wiek: 28 Lat
c. Zamieszkanie: Katowice
d. Zainteresowania: Filmy (z gantunku fantasy, i sci-fi), gry komputerowe, troche informatyka, turystyka, piłka nożna, siatkówka (w obu przypadkach tylko reprezetacje narodowe, klubowe zmagania mnie nie rajcują

e. Krótki opis własnej osoby: Realnie, jestem raczej cichym, spokojnym, zamkniętym w sobie typem człowieka (introwertyk?) aczkolwiek też na swój sposób dziwnym. Jestem też osobą bardziej z podejściem pesymistycznym aniżeli optymistycznym, taki już jestem (wiem, że wypadałoby to zmienić chociaż troche, ale nie wiem... mam jakąś awersje do ludzi generalnie). Nie bardzo lubie mówić o sobie. Jestem chyba bardziej obserwatorem niż osobą czynnie uczestniczącą w dyskusji. Co wcale nie oznacza, że nie mam własnego zdania. Jeśli je mam na dany temat, to staram sie być zawsze szczery, szanując jednocześnie drugą stronę i tego samego oczekuje w stosunku do mojej osoby.
f. Kontakt:
- email: ulim@op.pl
- discord: Ralsei (koteu)#5650
- Scena JK3
a. Przynależność: Enklawa Szkoleniowa na Dantooine, Akademia Jedi na Yavin 4, Szlakiem Jedi
b. Staż: O ile dobrze pamiętam to na poważnie tylko JK3, aczkolwiek początki miałem chyba jeszcze na JK2 ale nie było to nic tak złożonego, łącznie będzie w sumie od 5 do 8 lat, gdzieś w tym przedziale. I mimo że mam tak duży staż to miałem teraz baaardzo długą przerwe w RP więc mogłem troche wypaść z wprawy, bo z dwa lata będzie conajmniej. Nie licząc tych dwóch, trzech miesięcy o których wspomne w tekście niżej (licząc średnio około raz w tygodniu), więc z poziomem teraz może być różnie, ale licze na to, że jak "nałoże olej na te zardzewiałe tryby i sie rozgrzeje" to będzie dobrze.
c. Krótka historia: W zasadzie pewna część osób mnie tutaj chyba dobrze zna i pamięta. No ale dla tych, którzy nie mieli styczności z moją osobą, powiem że najpierw trafiłem do Enklawy, mimo świadomości że Akademia istniała w tym okresie, ale byłem wtedy nastolatkiem i przyznam szczerze, że troche sie bałem "ogromu" tej organizacji więc poszukałem czegoś mniejszego. Po zamknięciu Enklawy zrobiłem sobie krótką przerwe i po jakimś czasie postanowiłem zaryzkować i złożyłem podanie do Akademii, gdzie byłem członkiem przez jakieś 4(?) lata. W tym całym okresie członkostwa Akademii "przewinęły się" moje dwie postacie, jedna jest R.I.P. drugą aktualnie próbuje sie dostać. Z Akademii dobrowolnie odszedłem, mimo że bez słowa pożegnania oficjalnego przez co mam do teraz pewne wyrzuty sumienia z tego powodu, ale chciałem tym też zaprotestować w pewnym sensie. Nie będe podawał szczegółów bo: a) Niektórym są znane, b) Nie chce przynudzać i niepotrzebnie przeciągać sprawy, c) Reszty to nie dotyczy. Więc nie ma nad czym sie rozwodzić. Po tym wszystkim trafiłem na bardzo krótki okres do Szlaku, ale też zbyt długo tam nie zabawiłem, dwa może trzy miesiące?... Nie zostałem jednak usunięty w "przymusowy" sposób, a również zrezygnowałem. I to tyle, jeśli chodzi o moją historie związaną z RP.
- Postać
a. Imię: Lethari Kandros
b. Wiek: 24
c. Pochodzenie: Cathar (wychowany na Coruscant)
d. Rasa: Cathar
e. Opis zewnętrzny: Spoglądasz na dobrze zbudowanego mężczyznę o wzroście stu osiemdziesięciu ośmiu centymetrów i wadze siedemdziesięciu trzech kilogramów, ma szatynową karnacje futra z charakterystycznym wzorem na twarzy. Od razu spostrzegasz średniej długości włosy koloru brązowego, oraz kocie rysy twarzy - między innymi wyróżniają sie jego ostre uszy i zaostrzone kły, gdy otworzy wystarczająco usta. Potrafi rozmawiać w Basicu i "po swojemu". Jeśli sie wypowiada to ciągle mówi ze swoim łagodnym rodzimym akcentem i tonacją, jako że jest jeszcze stosunkowo dość młody, nie można tego jednak nijak przyrównać do seplenienia. Na lewym przedramieniu "posiada tatuaż", nie do końca wie co on oznacza, ponieważ ma go podobno od urodzenia i zdążył sie już do niego przyzwyczaić. Gdy sie przemieszcza, stara sie stawiać kroki pewnie z wrodzoną dla swojej rasy gracją lecz tylko jeśli sie nie spieszy. Od czasu do czasu gdy stoi sie obok niego można usłyszeć również charakterystyczne mruczenie wydobywające sie z jego krtani zaś po dłuższym wpatrywaniu sie w jego szaro-niebieskie oczy można w nich dostrzec pewną namiastke dzikości - jak na cathara przystało.
f. Historia: [min. 800 słów] Autor: Lethari Kandros
Lethari przejechał ręką po twarzy ciężko wzdychając, leżąc na łóżku ze zgiętym jednym kolanem trzymając w swojej dłoni holodate wpatrując sie zamyślonym wzrokiem w ekran, który odbijał błękitne światło na jego twarzy, co jakiś czas przesuwając palce swojej dłoni po ekranie ostatecznie uruchamiając program do nagrywania wydając przy tym z siebie ciche charakterystyczne dla jego rasy pomrukiwanie.
"Którry to już dzień od momentu opuszczenia Akademii? Nie wiem, prrzestałem prowadzić rachubę od jakiegoś czasu. Z rok będzie, co najmniej. Dla jednych wydaje sie mało dla innych już niekoniecznie, i chyba zaliczam sie do tych drugich, bo ostatnio mam wrażenie jakbym krręcił sie w kółko. Do tego bez celu. Rrozłąka z towarrzyszami też odbiła swoje piętno. Mimo, że nie miałem do nich jakiegoś szczególnego przywiązania, to jednak mi ich brakuje. Ack, Gensho, Veosar, Zera, Zayne, Tauns, Anzarr, Habio, Caldain i Saela? Aaa no i jeszcze Mort, tak... pamiętam te grupowe pojedynki, które toczyliśmy ze sobą. Chyba z nimi miałem jakiś kontakt jeśli moge tak to określić, no i reszta - Millay i Sas, o nich dużo w zasadzie nie wiem, zwykle bywali niedostępni. Trudno było ich złapać. Z tej całej tej grupy wyróżniał sie mój mentor - Caldain. Tak wiem, codziennie starram sie podtrrzymywać formę, jednak generralnie nie wygląda to wszystko dobrze, nie wiem w zasadzie co sie dzieje, nie potrafię zrozumieć tego wszystkiego. Momentami czuje sie jak wrak, mimo że aż tak stary nie jestem. Jakby coś podczas spania wysysało część energii ze mnie. Nie zawsze, ale ostatnio zdarza sie to nagminnie, a przez to wszystko źle sypiam. Nie sądze jednak żeby chciało mnie to zabić? Chociaż, kto wie. Ta... istota, często i rregularnie śni mi sie po nocach. Kiedy to sie dzieje, każdego rranka zaraz po tym kiedy wstaje, staram sobie przypomnieć czy podczas całego mojego pobytu w Akademii nie zrrobiłem czegoś głupiego, czy mogłem zrobić coś przez przypadek podczas jednej z moich nocnych prrzechadzek po Yavinie? Nie wiem, mam jedną wielką dziurę w pamięci gdy próbuje o tym myśleć, nie żebym nie pamiętał wszystkiego, po prostu... nie potrafię sobie przypomnieć. A sądząc po tych objawach, myślę że powinienem nawet rrozważyć powrót. Tylko czy to będzie takie prroste jak sie wydaje? Pojawić sie jak duch powrracający z zaświatów i powiedzieć wszystkim znajomym twarzom i pewnie tym nowym: "Witajcie, wrróciłem." <po krótkiej przerwie słychać ponowne ciężkie westchnięcie> To byłoby chyba zbyt łatwe, no ale nie moge myśleć pesymistycznie prawda? Cóż innego mi zostało? Może ich obecność jakoś osłabi działanie tego bytu? Musze sprróbować, nie mam za bardzo wyjścia. A lepszego rrozwiązania na chwile obecną i tak nie widze. Przynajmniej da mi to czas, na zastanowienie sie co dalej. W końcu to był, i mam nadzieje dalej jest... mój drugi dom. Może Caldain będzie w stanie mi pomóc? Chociaż pewnie wiele rrzeczy sie zmieniło, będzie trzeba sie na nowo zaklimatyzować. Być może ten mój wybryk ze zniknięciem był zupełnie niepotrrzebny, albo inaczej, nieodpowiedzialny. Chociaż z tego co pamiętam to Caldain zarzucał, że brak mi... "impulsu do działania"? <słychać wyraźne lecz niezbyt głośne parsknięcie, lecz jakby sentymentalne> Jakoś tak, nie wiem może coś w tym jest? W każdym razie, nie mogłem jej tak zostawić, nie po tym wszystkim. Jest jedyną osobą z rodziny, która mi została. Powinienem towarzyszom albo przynajmniej jemu zostawić chociaż jakąś dodatkową wiadomość, cokolwiek. W końcu to był mój mentor. Tutaj akurat zawaliłem i źle zrobiłem, moja wina... Noo, niby jakąś wiadomość im zostawiłem, ale to i tak nie tłumaczyło całej sytuacji. Zniknięcie czy rraczej porrwanie <słychać głos jakby zwątpienia> mojej siostrry zmusiło mnie do zostawienia tego wszystkiego za sobą, ale całe te moje poszukiwania spełzły w większości na niczym. Jestem sam jak palec, bez rodziny, bez przyjaciół o ile jakichkolwiek miałem, nie mam nikogo aktualnie. Poza Lorikiem, ale on... jest, "specyficzny". A szukanie jednej osoby, w całej galaktyce jest praktycznie niemożliwym zadaniem do wykonania w pojedynkę, jest jak szukaniem igły w stogu siana, mimo tego wszystkiego musiałem spróbować... Zniknąłem dlatego, bo nie chciałem zmuszać ich do pomocy, mimo że o tą pomoc nawet nie poprosiłem. Czy to był wtedy błąd z mojej strony? Nie mam pojęcia. Być może tak, a być może nie... w każdym razie to była sprawa osobista, sprrawa którrej ostatecznie tak czy owak nie załatwiłem. Co ze mnie za Jedi? <dodał ironicznie i z przekąsem, jakby sam próbował siebie zrugać za porażkę>. A jakby tego było mało to do tego wszystkiego doszła jeszcze ta cała cholerrna wojna z Vongami, tak jakbym w chwili obecnej miał za mało prroblemów na głowie. No ale właśnie, Vongowie. Paskudne stworrzenia. Nie wiem czemu, ale paradoksalnie swoim wyglądem potrrafią budzić strrach i zarazem rrespekt, to trzeba im przyznać. Nie da sie ich w żaden sposób "prześwietlić" zmysłami. Są jak czarne dziurry. Wiemy że istnieją, a jednak ich nie widać bez odpowiednich urządzeń, bo są czarne. I to jest przerażające porównanie, ale myśle że trafne. Do tej pory dzięki Mocy i chyba naszych bóstw udawało mi sie jakoś trzymać zdala od linii frrontu, a co za tym idzie - głównego konfliktu. Aczkolwiek kiedy doszły do mnie słuchy, że moja ojczysta planeta - Cathar, została zaatakowana... Nie wiedziałem co zrobić i szczerze? Teraz po czasie nie wiem co jest, albo raczej co było gorsze. Fakt, że nie udało mi sie odnaleźć zaginionego rodzeństwa czy to, że mój "prawdziwy" dom został zaatakowany przez bande obcych barbarzyńców z nikąd. <Z każdym zdaniem słychać rosnącą irytacje w głosie> Który to już raz? Drugi? Trzeci? Najpierw prowadziliśmy wojny między sobą, zanim dostaliśmy sie do galaktycznej społeczności, później przyszła kolej na Wojny Mandaloriańskie i polowania czy raczej rzezie jakie urządzili sobie Mandalorianie na naszych pobratymcach, bo byliśmy dla nich dobrym materiałem na "sportowe zawody". Wybacz mi Zayne, za takie personalne wycieczki w strone twoich ludzi, nic do Ciebie nie mam... A teraz to. Znowu powtórka z rozrywki? <słychać charakterystyczne warczenie z lekką nutą goryczy> Jak było tym razem? <Po dosyć długiej przerwie> Nie chce nawet o tym myśleć, a co dopiero o tym mówić. Bo o ile mandalorianie robili to co robili, to jednak używali broni znanej, mimo że wciąż bardziej zaawansowanej od naszej, jak na ówczesne standardy, ale jednak znanej... A tutaj, w tym przypadku akurat jest i było inaczej. Oczywiście, efekt zawsze będzie taki sam. Zmieniają sie tylko metody, a na końcu zostaje tylko spotęgowany strach z myślą o tym, "co Ci te potwory zrobią, i do czego są zdolne sie posunąć?" <po dłuższej chwili namysłu> Nie-e.. po prrostu nie moge. Mam dość, wszystkiego. To wszystko mnie przerasta. I jak mam o tym wszystkim nie myśleć i sie tym nie przejmować? Dla maszyn czy droidów sprrawa byłaby prrosta, ale nie dla mnie <Końcówkę dodał z nieco cichszym głosem>. Jutro, góra za dwa dni wyruszam z powrotem. Zobaczymy co z tego będzie. Nie wiem w ogóle czy Yavin już nie oberwał biorąc pod uwage to, że jesteśmy dość strategicznym zasobem dla Nowej Republiki, no i trzymany jest tam garnizon wojskowy ze stałą bazą w rejonie. A jeśli ich nie ma i natkniemy sie na Vongi? Chociaż nie-e... jakby Yavin oberrwał wałkowaliby temat na okrągło w holowizji przez parre dni co najmniej, tak jak to było z Coruscant nie tak dawno temu. No a jeśli już tam kogoś spotkam to nie wiem jak zareagują po takim czasie, zwłaszcza nieznani mi studenci. Swoją drogą ciekawe czy posprzątali już urywek lasu po moim małym ale dewastacyjnym "eksperymencie", pewnie tak. Chociaż czy był taki mały? Niektórzy mogliby sie spierać. W każdym razie musze być ostrożny, nie chce pakować sie bezmyślnie w gniazdo gundarków, stado wamp czy innego ustrojstwa. Na dzisiaj jednak wystarczy... wymęczył mnie ten dzisiejszy dzień, i cała ta tyrada w moim wykonaniu."
W tym momencie nastąpiło przerwanie nagrania, po czym Lethari położył sie spać.
Następnego dnia, wczesnym wieczorem.
Tym razem zamiast nagrania, Lethari postanowił napisać tekst w formie sprawozdania w swoim cyfronotesie.
Dzisiaj był wyjątkowo normalny dzień. A jako że pogoda była ładna to zacząłem wcześnie rano od spaceru na świeżym powietrzu. Później ćwiczyłem podstawowe ciosy, zasłonę i chwyty szermiercze, żeby aż tak bardzo nie zardzewieć, na koniec przyszedł czas na zagadnienia związane z Mocą jednak tutaj pojawiły sie już pewne... "komplikacje" związane z koncentracją, które w sumie mam odkąd nawiedza mnie ta przeklęta istota czyli, no, od dawna właściwie. O ile skoki i akrobatyka ogólnie nie były wielkim problemem. To taki problem pojawił sie już z zagadnieniami telekinetycznymi i z paroma innymi mniejszymi rzeczami, ale nie o tym chciałem... Powinienem w zasadzie zacząć od początku. Niektórzy pewnie mogą kojarzyć, że byłem sierotą - odkąd pamiętam. To znaczy, nieszczęśliwy zbieg okoliczności doprowadził do takiej sytuacji, że straciłem przybranych rodziców podczas ich feralnej wizyty w banku. Pech chciał że akurat zdarzył sie napad. Byłem wtedy szczylem, nic nie znaczącym gówniakiem można by rzec, nie rozumiałem co sie ze mną działo, ale widząc ich śmierć czułem rozpacz i niesamowitą wręcz złość i nienawiść do wszystkiego, a zwłaszcza do sprawców. Nie wiem czy to było szczęście, czy ta cała "Moc" postanowiła sie zlitować wtedy nad moim nędznym losem. Nie mniej jednak stały sie wtedy dwie rzeczy, które chyba zaważyły na tym, kim obecnie jestem. Pierwsza, to fakt że chciałem mocno zrobić krzywdę napastnikom. I do tej pory nie wiem czy to byłem Ja, czy to zwykły przypadek ale pamiętam że jednemu przestępcy podczas ucieczki zwaliła sie na łeb kilkunasto kilogramowa uliczna lampa, pamiętam że poleciały tylko iskry a wszystko to zdarzyło sie w dosłownie kilku sekundach. Od tego uderzenia stracił przytomność. Po czym jego "koledzy" uznali, że nie ma sensu go taszczyć. Może stwierdzili że nie żyje? I po prostu go zostawili na pastwę sprawiedliwości czyli lokalnych sił porządkowych, które były już w trakcie pościgu za nimi. Nie wiem czy to przeżył czy nie, ale przypuszczam że tak. Pewnie siedzi teraz w więzieniu, taką mam nadzieje. Druga rzecz, która miała miejsce, to fakt obecności w pobliżu tego wszystkiego Rycerza Jedi. Jak sie później okazało mojego mistrza z prakseum, który zginął podczas kampanii związanej z Akademią Cienia. To on wyczuł to wszystko i postanowił mnie zabrać właśnie do prakseum na szkolenie Jedi, skąd później trafiłem do placówki Mistrza Ablazera po jego śmierci. Swoją drogą, czy tylko mnie sie wydaje że mam skłonność do przenoszenia na innych swoich własnych nieszczęść? Może to po prostu jakiś plan, a może po prostu jestem pesymistą i powinienem sie trzymać z daleka od innych? Jakkolwiek to zabrzmi, no nie wygląda to dobrze. W każdym razie to temat na inną okazje. Pewnie zastanawiacie sie co sie ze mną stało po moim zniknięciu czy raczej odlocie z Yavina, albo jeszcze inaczej. Jak w ogóle dostałem informacje o mojej siostrze? Nie będę tu opowiadał wszystkiego. Skupie sie tylko na kilku wydarzeniach, które miały miejsce, reszte opowiem później. No cóż, prawdę mówiąc... Złożyło sie na to kilka czynników. Te "wizje" nie miały tylko złej aury, były też i te dobre. Choć były niesłychaną rzadkością w gąszczu koszmarów. Same "wizje" jak już wspomniałem lub nie, dręczą mnie od dawna. I pewnego razu ta istota przybrała postać Catharskiej kobiety i zaczęła wzywać mnie po imieniu. Jednak nie tego, którego używam na codzień. Lecz prywatnego imienia, które znają tylko nieliczni członkowie najbliższej rodziny. A brzmi ono "Ralsei". Już wtedy zacząłem sie zastanawiać, skąd ta istota mogłaby znać moje prywatne imie, no ale kiedy zdecydowałem sie podążać za postacią, pomieszczenia czy raczej przestrzenie, w których sie znajdowaliśmy zaczynały przelatywać mi przed oczami niczym pokaz slajdów. Niewiele z nich już pamiętam ale wiem, że widziałem w nich siebie, i drugie dziecko, podobne do mnie. Ponadto, swoją drogą nie wspominałem o tym nikomu, ale przed postanowieniem zniknięcia, czyli, bo ja wiem... jakoś kilka tygodni przed, już po tym wszystkim, dostałem prywatną przesyłkę zaadresowaną do mnie, sam nadawca nie był podany. Było podane jedynie miejsce, w którym mógłbym uzyskać więcej informacji - jeśli byłbym tym zainteresowany. O przesyłce dostałem wiadomość na prywatny komunikator. Kurier dostarczył paczkę, którą wojsko wcześniej oczywiście musiało sprawdzić przed dostarczeniem, takie są procedury. Przesyłkę odebrałem, a w niej były zdjęcia i list, którego treści raczej nie będę tu przytaczał, moge powiedzieć że wydawał sie dla mnie wiarygodny, a przynajmniej warty sprawdzenia biorąc pod uwage ostatnią wizje. W każdym razie, kiedy to wszystko czytałem i spoglądałem na te fotografie, byłem zmieszany całą tą sytuacją. Z jednej strony sie ucieszyłem wiedząc, że jednak nie zostałem sam i mam kogoś "z rodziny". Z drugiej z owego listu dowiedziałem się, że moja siostra mogła wpaść w złe towarzystwo, i może jej grozić niebezpieczeństwo. Nie wiem nawet czy ona wie o moim istnieniu, będzie teraz chyba w moim wieku jakoś, jeśli to wszystko prawda. Tak czy inaczej, długo biłem sie z myślami po tym wszystkim. W końcu nie wytrzymałem i skontaktowałem sie z dawnym znajomym Twi'lekiem - Lorikiem i poprosiłem go o pojawienie sie i podrzucenie na wskazane miejsce na mój własny koszt. Zgodził sie, warunek był tylko jeden "przysługa za przysługę". Bez większego namysłu przystałem na tą propozycje. Sam przylot frachtowca, zwróciłby oczywiście uwagę wojska gdyby nie fakt, że tą sprawą zająłem sie już osobiście i odpowiednio wcześniej, aby nie robić w okół tego wydarzenia burzy w szklance wody i stawiać całej jednostki, a być może i naszej Akademii na nogi w środku nocy. Udałem sie na miejsce spotkania i odlecieliśmy. Po paru dniach podróży, a może i po tygodniu? - taa w końcu Lorik, miał jeszcze po drodze swoje sprawy do załatwienia. Ja w tym czasie pomagałem mu w transporcie, no i oczywiście ćwiczyłem w wolnych chwilach. Nie mniej odstawił mnie na Coruscant, tak jak obiecał. Pewnie nie mógł znieść już mojego ciągłego zawracania dupy, no ale wychodziłem już z siebie po takim czasie, ileż można? Wtedy jeszcze było w miare spokojnie, bez tej całej wrzawy jaka była ostatnio, o której trąbili niemalże na okrągło w holowizji, jak już wspomniałem. Przy okazji zapytałem go wtedy czy byłoby dla niego problemem, jeśli musiałby mnie odstawić z powrotem po całej sprawie, jednak już bez zbędnego zwlekania? Zgodził sie, ale zażartował że sie nie wypłacę z tych przysług. Nie wiem czy rzeczywiście żartował czy mówił serio, zwłaszcza że chyba spodobało mu sie jak "taszczę" jego paczki wielkości Rancora na pokład jego statku. Nie no może przesadzam, swoją drogą nie pytałem go co w nich jest, myślałem wtedy o czymś innym. Mogłem wtedy w sumie go spytać o jakie przysługi chodzi, jednak przez to wszystko mogłem sie zapomnieć. Byłem za bardzo skupiony na tym, żeby dowiedzieć sie co sie stało z siostrą. Teraz już nie ma sensu za bardzo o tym myśleć, było - minęło.
Chwile po przylocie udałem sie pod podany adres, który okazał sie lokalną kantyną. Miejsce niczym szczególnym sie nie wyróżniało, na pierwszy rzut oka. Miała ona bowiem jednak dobudowane segmenty mieszkalne i była zlokalizowana w innej dzielnicy miasta niż w tej, w której sie wychowywałem. Sama dzielnica była raczej uboga, w każdym razie nie było to ciekawe miejsce za dnia a co dopiero mówić o nocy. Nie wiedziałem tylko za bardzo, co mam zrobić żeby sie skontaktować z "nadawcą". W liście nie był podany żaden kontakt, a jedynie miejsce czy raczej adres. Bez większego pomysłu udałem sie więc do środka. I co ciekawe, wnętrze wyglądało dużo "lepiej" aniżeli sama fasada budynku. W pierwszej chwili nie wiedziałem jednak od czego zacząć, więc usiadłem przy barze i zamówiłem jednego drinka. W sali nie było dużo osób, a w pomieszczeniu panowała niezbyt energiczna ale miła dla ucha muzyka, jako że było jeszcze późne popołudnie, a być może i wczesny wieczór nawet. W nocy pewnie musiał być tu większy ruch, no i pewnie też więcej "atrakcji" jeśli można tak nazwać chlanie do upadłego czy obijanie mordy zupełnie bez powodu, to w końcu zawsze można dostać za darmo, w ciemnych uliczkach szczególnie, i może sie to zdarzyć ze względu na niesnaski plus alkohol, a samo połączenie tych dwóch składników bywa często mieszanką wybuchową. Po wypiciu drinka przyszła mi do głowy jedyna logiczna myśl, mianowicie spytanie sie barmana o właściciela "tego budynku" i tak też zrobiłem. Powiedział mi, że pracuje dla niego i jak chce to zaprowadzi mnie do Vigo Serendy, bo tak sie nazywał ów jegomość. Jednak stwierdził, bym chwile poczekał bo musi skoczyć do piwnicy po piwo na wieczór, bo sie kończy. A oprócz tego musi załatwić jeszcze pare innych rzeczy. Poczekałem więc spokojnie, nie wiem w sumie ile. Piętnaście? Może dwadzieścia minut? Nie sprawdzałem chronometru. W każdym razie po jakimś czasie zabrał mnie do wspomnianego właściciela na piętro. Pomieszczenie nie było duże, ale schludne. Jednakże nie przypominało oficjalnego biura, a jedynie pokój dla gości. Przedstawiłem sie i generalnie miałem do niego kilka pytań. Vigo nie był jednak zbytnio skory do rozmowy wydawałoby sie z prostego wówczas powodu, ale o tym później. To znaczy, sam początek rozmowy przebiegał dosyć dobrze, właściciel wydawał sie z pozoru sympatyczną osobą z jednym szczegółem. Do momentu aż nie wspomniałem mu w jakiej sprawie tu przyszedłem. Czyżby nie lubił obcych, a może wścibskich? No nic, przecież nie wszyscy muszą za nimi przepadać - pomyślałem, ale tak czy owak musiałem go o to spytać. Czy wie coś na temat pewnej Catharki, lub jej rodziny, która mogłaby tu ewentualnie kiedyś mieszkać. Odparł, że nic nie wie na ten temat po czym stał sie jakby bardziej opryskliwy twierdząc, że powinienem iść z tym na policje, jeśli zaginął mi ktoś z rodziny. Tak jakbym nie wiedział, ale tak czy inaczej miałem zamiar odwiedzić w tych interesach komendę policji, tyle - że nieco później. Dowiedziałem sie jednak, że widział parę miesięcy temu jak do budynku wchodziła jakaś para "humanoidalnych kotów", które chwile temu opuściły swój pojazd. Nie wyglądali jednak na typów z pod ciemnej gwiazdy, ale do kogo szli i co chcieli tego nie wiedział, a jak go spytałem czy pamięta czy o czymś rozmawiali, co ze sobą mieli? - Odparł że nie, po czym po chwili namysłu dodał, że widział jak jedna osoba została w pojeździe. Chciałem ciągnąć ten temat dalej pytając go, co było potem? Czy pamięta numery rejestracyjne, kolor, markę pojazdu? Czy to był mężczyzna czy kobieta? Jaka rasa? Czy ta postać wysiadała w ogóle z tego pojazdu? Co robiła? Odparł że nie zwracał na to zbytniej uwagi, bo miał swoje sprawy do załatwienia. Wybierał sie wtedy na rozmowę ze swoim dostawcą towaru. Powiedział jednak że jak wrócił, to pojazdu już nie było. Jak spytałem ile to trwało, odparł że jakieś trzydzieści, może czterdzieści minut. A jak dopytałem, czy to mogli być mieszkańcy? Odpowiedział że raczej nie, stwierdził że tutaj obcy już od jakiegoś czasu nie mieszkali. Ciekawe, pomyślałem. Najpierw powiedział że nic nie wie, a później stwierdził że obcy już tutaj nie mieszkają, no ale przymknąłem na to oko, nie chcąc psuć na teraz relacji. Postanowiłem udać sie najpierw na komendę i uzyskać więcej informacji po czym wrócić bardziej przygotowanym na taką konfrontacje. Podziękowałem mu za wszystko i powiedziałem, że jak będe miał jeszcze jakieś pytania to wrócę, po czym wyszedłem z budynku ze wspomnianym zamiarem udania sie na komendę. Jednak wydarzenia, które miały miejsce podczas owej rozmowy najwyraźniej przeszkodziły temu planowi. Tak mi sie wydaje, że to tam musieli mnie jakoś podtruć albo czymś nafaszerować, nie wiem tylko jak to mogli zrobić. Pamiętam tylko, że po wyjściu podszedłem do balustrady, żeby sie rozejrzeć po okolicy. Wówczas na zewnątrz nie było dużo istot, by nie powiedzieć że nie było praktycznie nikogo na ulicy. Wtedy zaczeło mi sie kręcić w głowie. Nie sądziłem, że za chwile strace przytomność. Myślałem, że to tylko chwilowe zawroty. Dziwne uczucie, zupełnie jakby ktoś urywał Ci film albo wyciągnął wtyczke od holoodbiornika zostawiając czarny ekran. Dobrze, że nie wypadłem przez tą balustradę. Jednak moje zdziwienie po wybudzeniu było tym większe, gdyż obudziłem sie w zupełnie innym miejscu, bez broni. Swoją drogą dobrze, że zostawiłem chociaż reszte mojego ekwipunku na statku Lorika. Z drugiej strony przez moment przeszła mi wtedy myśl, że jak nie skontaktuje sie z nim dostatecznie szybko to wykorzysta okazje i może je opchnąć gdzieś na jakimś szemranym targu za byle gówno. Nie wiem, co bym mu wtedy zrobił ale napewno nie byłoby to nic miłego. No ale mniejsza o to, miałem poważniejszy problem. Po wybudzeniu zorientowałem sie, że jestem we wnętrzu jakiejś jaskini. A pomieszczenie, jeśli moge tak to nazwać, było odgrodzone kratami pozostawiając niewielką przestrzeń na korytarz prowadzący wzdłuż "celi". Spędziłem w niej dobrych pare dni, będąc pod stałą obserwacją. Przez ten czas obmyślałem plan wydostania sie z tej sytuacji. Plusem niewątpliwie było to, że nie byli do końca przekonani czy jestem Jedi czy nie. Co prawda znaleźli i zabrali moją broń - symbol powiązania właśnie z nimi. Do tego próbowali mnie złamać różnymi metodami, aby sie przekonać czy nim rzeczywiście jestem czy nie. Na szczęście bardziej owe "tortury" były związane ze sferą psychiczną aniżeli fizyczną pewnie wyłącznie z powodu, aby "nie niszczyć potencjalnej wartości towaru". Przyznam, że po pierwszym dniu miałem autentycznie dość. I myślałem nad wykorzystaniem manipulacji połączonej z pchnięciem, z zamiarem przepchnięcia gościa przez kraty mojej celi - dosłownie, a nie był wcale taki chudy. Jednak zaraz potem przychodziła myśl opamiętania i zdrowego rozsądku. Gdybym to zrobił, to w najlepszym przypadku mogliby obładować mnie większą ilością strażników, i pewnie nie tylko. I wtedy mógłbym co najwyżej pomarzyć o jakiejkolwiek ucieczce, A w najgorszym razie - mogli mnie zabić. W końcu jednak chyba udało mi sie ich upewnić, chociaż do końca przekonany sam nie byłem czy dałem rade - że jednak nie jestem Jedi. Po paru kolejnych dniach przesiadywania w celi i "testowaniu" mojej cierpliwości jednak w coraz mniejszej skali, w końcu wyprowadzili mnie na zewnątrz.
Samo wejście do jaskini było niemalże skryte za wodospadem, jednak nie przechodziło sie bezpośrednio przez opadający strumień wody. Z początku trudno było sie przyzwyczaić do naturalnego światła z wiadomych względów. Po dłuższej chwili wzrok sie dostosował i moim oczom ukazał sie dosyć "ładny" widok. Po samej okolicy można było spostrzec, że planeta miała raczej klimat umiarkowany - prawdopodobnie ciepły. Samo miejsce było specyficzne, bo przebywaliśmy w jakimś kanionie, gdzie z jednej strony na horyzoncie widać było gęsto porośniętą dżunglę. Po drugiej stronie zaś znajdowała sie niewielka zatoka, a ta z kolei otwierała sie na pełne morze z wydawałoby sie krystalicznie czystą wodą. Pośrodku kanionu znajdowała sie rzeka uchodząca do zatoki, a wzdłuż niej rosły pojedyncze palmy, więc wszystko to było malownicze na swój sposób. Sama miejscówka idealne nadawała sie na kryjówkę. W końcu odciągnęli mnie moim zainteresowaniem terenu i zaciągnęli na dół na coś co przypominało "arenę", jednak był to sporej wielkości okrąg zrobiony z piachu. Wtedy też sie zorientowałem, że nie jestem tam jedynym "niewolnikiem". No i oprócz tego, to właśnie tam spotkałem Vonga, właściwie to wtedy nie byłem pewien co to za istota. Najwidoczniej również miał "pecha", a może był tam celowo z jakiegoś powodu? Tak czy owak z początku byłem lekko wystraszony jego wyglądem. Nigdy wcześniej nie widziałem takiej istoty, był dosyć masywny, chyba przewyższał nas wszystkich o głowę albo o pół - co najmniej. Oprócz mnie, i Vonga było jeszcze dwóch może trzech więźniów i z tuzin strażników uzbrojonych w broń ogłuszającą zarówno dystansową jak i "białą". Z ciekawości postanowiłem sprawdzić Vonga zmysłami. Jednak nie mogłem tego zrobić z jakiegoś powodu. Wtedy niechcący chyba zwróciłem tym jego uwage na sobie, nie wiem czy był świadomy tego co zrobiłem czy nie, ale byłem gotowy na każdą ewentualność. Włącznie z nagłym atakiem i próbą ucieczki. Na szczęście przed nami stanął gruby rodianin, przywódca bandy? I zwrócił swoją uwagę wszystkich obecnych w okolicy istot. Nie licząc strażników, którzy byli zajęci pilnowaniem nas. Postanowił sobie urządzić krótkie przemówienie. Oprócz oznajmienia miejsca gdzie jesteśmy (Volik - w Nieznanych Regionach) i samym faktem, że nikt po nas nie przyleci to nie podał chyba innych znaczących informacji, które mogłyby mi sie przydać. Mnie zainteresowało tylko jedno - moja broń, którą przypiął sobie do pasa. Rządzić sobie cudzą własnością - niezły tupet, ale czego sie spodziewać po handlarzu niewolnikami, skoro traktuje żywe istoty jak przedmioty? Pomijając fakt, że była to chyba jedyna rzecz, którą mogłem sie jakoś obronić przed nimi wszystkimi. Poza samą Mocą oczywiście, ale bez miecza czułem sie... nagi? Nie wiem jak to inaczej określić. No ale pomyślałem, że skoro tak bardzo mu zależy na tej broni, to wykorzystam okazje i zabawie sie trochę jego kosztem. W mojej głowie pojawił sie plan, jednak musiałem go zrealizować dostatecznie szybko i bezbłędnie aby odniósł sukces. Mianowicie postanowiłem "odpalić zdalnie" mój miecz za pomocą Mocy. Po dość dłuższej chwili udało mi sie to wykonać, czym wprawiło to w osłupienie rodianina. Odpiął nerwowo miecz od pasa wyłączając go i wyrzucając go w powietrze po czym upadł na ziemie co wyglądało dość komicznie. Zdając sobie zapewne sprawę że mógł od niego stracić całą dolną część ciała. Miecz upadł na ziemie kilka metrów od niego. Jednak wtedy nastąpiła nagła zmiana planów bo zostaliśmy znienacka zaatakowani przez... inny gang piratów? Wyglądało to na porachunki. Ktoś musiał obserwować "nasz obóz" od jakiegoś czasu, dziwne że nie byłem w stanie tego odczuć, że nie jesteśmy sami. No ale to pewnie przez te osłabienie. Sam rodianin został trafiony wiązką energetyczną, jednak nie była to broń snajperska. Po czym zrobił sie chaos, kilkoro strażników jak i sami "więźniowie" wpadli w panikę i rzucili sie do "ucieczki" w kierunku jaskini. Wykorzystałem chaos do subtelnego przyciągnięcia miecza w między czasie też zacząłem "udawać" że uciekam z powrotem do jaskini, aby nie stwarzać większych podejrzeń. Jednak zostałem przy wejściu do jaskini podczas gdy reszta dawno była już głęboko w środku, spoglądając ostrożnie co robią strażnicy. Wyglądali na to że sie kłócą. Pewnie o to, kto dowodzi, i czy coś zrobić z ciałem rodianina. Po chwili słychać było wrzask dobiegający od strony dżungli co zwróciło bezapelacyjnie ich uwagę, po czym udali sie w kierunku dżungli ignorując całkowicie ciało rodianina. Wtedy zrobiłem coś czego Jedi chyba nie powinien raczej robić, mianowicie kiedy strażnicy oddalali sie od jaskini zostawiłem innych więźniów i wyleciałem z niej jak z procy doskakując do ciała rodianina, i zacząłem przeszukiwać jego sakwy. W jednej z nich miał cyfronotes, bez większego zastanowienia mając na uwadze brak czasu zabrałem urządzenie po czym rozejrzałem sie dookoła starając sie dostrzec możliwe "gzymsy" na skalistych zboczach kanionu, po czym zwinnymi skokami starałem sie dostać po nich na górę. A że lubię sie wspinać to całość zajęła mi trzydzieści sekund? No, może minute. Po dotarciu na góre odsapnąłem ponownie rozglądając sie po okolicy, i rozdziawiłem gębę ze zdumienia. Okolica przypominała ukształtowanie terenu podobne do Yavina. Podobne, a jednak było ono diametralnie inne, powiedziałbym magiczniejsze. W najbliższej okolicy znajdowały sie gęsto upakowane drzewa. W oddali zaś można było dostrzec masywne góry ze skały, pomiędzy nimi znajdował sie sporej wielkości księżyc, a na dole przecinały sie kaniony z opadającymi wodospadami na samo dno, nad którymi unosiły sie chmury, a nad samymi drzewami rozciągała sie różowa mgła, zaś na górze porywy wiatru były większe aniżeli na dnie kanionu. Będę jednak zmierzał na razie ku końcowi bo robi sie późno, a kiedyś spać też trzeba. Resztę opisze w późniejszym czasie. Powiem tylko tyle, że podczas mojego pobytu na tej planecie natknąłem sie na pozostałości ruin Jedi, ale nie tylko? Sam nie wiem, nie "badałem" tych ruin aż tak dokładnie, i nie do końca wiem co one mogą skrywać. No ale chyba warto byłoby tam kiedyś jeszcze wrócić aby dokładniej zbadać te miejsca. Chociażby z ciekawości. A co do samego cyfronotesu, to może mi chyba przysporzyć troche kłopotów, ale o tym później. Błąkałem sie po planecie z ładnych pare miesięcy, starając sie wysłać informacje o moim aktualnym miejscu pobytu do Lorika. W końcu oczywiście udało mi sie z nim skontaktować, no ale pojawił sie inny problem, mianowicie nie miał map do tego rejonu, więc troche czasu mu zajęło zanim w końcu odnalazł tą planetę. Po odlocie z Volik'a udaliśmy sie na Coruscant, w sumie sam nie wiem po co. Może żeby wyjaśnić całe to zajście, a może żeby puścić tamten budynek z dymem. Po wylądowaniu i udaniu się na miejsce, gdzie to wszystko sie zaczęło, zastałem tam jednak tylko opuszczony budynek, zamkniętą kantynę i taśmy policyjne, z kilkoma funkcjonariuszami robiącymi jakieś czynności procesowe. Otwarłem sakwę i spojrzałem na cyfronotes w środku, bijąc sie z myślami. Jednak po chwili zamknąłem ją i podszedłem do jednego z funkcjonariuszy pytając go o to, co tu sie stało. Powiedział, że to nie moja sprawa i polecił sie rozejść. Spojrzałem więc tylko na budynek zrezygnowanym wzrokiem, w którym pozostały już chyba jedynie duchy, albo śledczy. Po czym odszedłem powoli w kierunku portu kosmicznego z myślą, że nie mogłem im oddać tego cyfronotesu, gdyż to jest jedyna rzecz jaką udało mi sie uzyskać. Wolałem sie nie mieszać w ich śledztwo, bo mógłbym być może zaszkodzić sobie jakby wyszło na jaw, że ukrywam przed nimi fakt, że posiadam urządzenie które było w posiadaniu handlarzy niewolników, a którzy prawdopodobnie mają związek z tym miejscem. I może to nie do końca zgodne z prawem, i być może popełniam kolejny błąd, ale o całej sprawie wiem tylko i wyłącznie Ja. A gdybym im oddał wtedy ten cyfronotes mógłbym prawdopodobnie na zawsze pogrzebać możliwość spotkania sie z siostrą. Nie chce tego zaprzepaścić, kto wie jakie informacje on skrywa? Może niekoniecznie o mojej siostrze, ale o ewentualnych siatkach powiązań, może innych kryjówek, statków, operacji? Cokolwiek. Coś co pozwoli mi na pójście dalej z tym tematem. Nie mogłem im go dać tylko z powodu mojej siostry - to było i jest moim motywem. Poza tym praktycznie wszystko w nim jest zaszyfrowane, przez co nie mogłem nawet zrobić z tego kopii. Zresztą, nawet gdybym miał jak - to i tak musiałbym to najpierw rozszyfrować, żeby zrobić tę kopię. A to już nie jest takie proste, bez pomocy dobrego informatyka. Nie mniej powiedziałem sobie, że jak uda mi sie odszyfrować dane - to wyśle służbom ten cyfronotes bo koniec końców chce sie wreszcie na coś przydać zamiast polegać na biurokratycznej machinie - to chyba nie w moim stylu. Chociaż przypuszczam że to handlarze prędzej będą chcieli go odzyskać więc jest wielce prawdopodobne że będą mnie ścigać. Raz próbowali, ale wysłali jakiegoś żółtodzioba. Ten temat jak i parę innych też wymaga poruszenia, ale w późniejszym czasie. Następnym razem może być już inaczej, nie wiem jakie mają znajomości i możliwości. A musieli w końcu mieć jakiś powód dlaczego zabili wtedy tego rodianina, ale najwidoczniej nie brali pod uwage mojej obecności. Chociaż sam nie wiem, czy jak już oddam ten cyfronotes służbom policyjnym, czy wtedy może nie być już za późno. W sensie informacje mogą być nieaktualne - mam nadzieje że tak nie będzie. Tak czy owak, reszte znacie, poruszyłem to na początku. A ostatnie pare tygodni spędziłem na modyfikacji swojego miecza, i "pomaganiu Lorikowi" w dostawie towarów - jako spłata długu, tak mi sie wydaje. Natomiast w samym mieczu wymieniłem obudowę, z tych części które miałem do dyspozycji oraz "wzmocniłem serce" - czyli zamontowałem kryształy, które dostałem jeszcze od Caldaina. Mianowicie Danit i Bondar. Co umożliwiło mi w końcu zamontowanie modułu ogłuszającego. Miałem zacząć modyfikować moją broń w sumie już dawno temu. Jednak dopiero teraz znalazłem na to troche czasu. Nie odpalałem jej jeszcze, mam zamiar to zrobić po moim ewentualnym powrocie. Jeśli mnie zaakceptują. No ale tym będę sie martwił od jutra...
Koniec wpisu.
- Informacje dodatkowe
a. Dlaczego chcesz wstąpić do Akademii? Szczerze? Natchnęła mnie nostalgia... A jak sie dowiedziałem, że Akademia nie boryka sie z problemami tak jak to było dawniej (jeden z kilku powodów mojego odejścia/zamrożenia), pomyślałem sobie: "Kurde, może by spróbować jeszcze raz?". Zawsze miałem sentyment do tego miejsca, bo jest specyficzne. Sporo też zależy od ludzi i pamiętam że mimo tych wszystkich problemów, które były tu, jak i w moim prywatnym życiu obecne to jednak są tutaj fajni ludzie, z którymi naprawde miło wspominam relacje jakie miałem i czas spędzony na graniu. Z drugiej zaś strony mimo moich też trudności w życiu, musze sie jakoś próbować przełamać i coś robić, RP w JK3 było moim hobby. Hobby, które kochałem. I chciałbym móc spróbować znowu je pokochać tak jak kiedyś, bo ta "miłość" niestety troche przyrdzewiała, po takim czasie. Chce przynajmniej spróbować ponownie sie wkręcić w gronie osób, które znałem ale i też tych nowych, których jeszcze na chwile obecną nie znam tak dobrze. Chcę wrócić moją starą postacią, bo mi na niej zależy. Gdybym miał składać podanie z inną postacią, to myśle że wtedy byłoby mi zdecydowanie trudniej wstrzelić sie w rp, jako że postać zna sporą część osób tutaj "in RP" więc nie wymaga to aż takiego ponownego zyskiwania bagażu doświadczeń z tym związanych, choć oczywiście pewnie sporo sie zmieniło ale w założeniu Ack to wciąż Ack, Tauns to Tauns itd... No ale w końcu to od was wszystkich zależy czy chcecie poznać moją postać bliżej. (Być może z troszke nieco innej perspektywy niż dotychczas - to dla starych wyjadaczy, czy innych dinozaurów :p).
b. Skąd dowiedziałeś się o Akademii? Byłem jej członkiem, a jak sie dowiedziałem? Nie pamiętam, to było szmat czasu temu... pewnie trafiłem przypadkiem
